cisza58a
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031

   
   
   
   

   

   
   
   


 
        Cisza....................       




 

 




a to ciekawe ..............
Ileż to osób odwiedziło mój blog ? -
 
56301
Ile zostawiło swoje myśli ? -
 
7466
I wpisało się do księgi : -
 
69
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Wyszukiwanie
Wyszukaj w tym blogu:
Fraza:
Od kalendarz do kalendarz
 
Notki
.... Pożegnanie 15 styczeń 2012
   
Moi  blogowi Przyjaciele.

Od jakiegoś czasu miałam przeczucie, że zostałam 'zdemaskowana' i niektórzy z realnych znajomych czytają mój blog.
Potwierdziło się to.
Świadczą o tym jakieś zdania lub pojedyncze słowa na temat, o jakim z nikim w realu nie rozmawiałam.
Nie mam już takiego komfortu pisania jak dotychczas.

Blog traktowałam jak konfesjonał, gdzie mówi się szczerze i ze skruchą, nawet z żalem za grzechy.
 Myślę, że to, iż przez dwa lata bujałam się w wyróżnianych blogach i byłam, że tak to określę, na oczach czytelników, ułatwiło niektórym /Mirku nie Ciebie mam na myśli/ rozpoznanie, kto się za tą 'ciszą' kryje.
Nie miałam zamiaru w kimkolwiek wywoływać jakichś uczuć,  ale chęć pokazania, jak to wszystko, co opisałam wyglądało z mojego punktu widzenia, co ja czułam, o czym marzyłam i że byłam zwyczajną kobietą, która także myśli, ma uczucia, pragnienia i czuje ból, kocha i cierpi.
 Nie mam ochoty w realu rozmawiać o tym, co tutaj ujawniłam, czy bezsensownie polemizować.
To nie leży w mojej naturze.
To moje, co napisałam i mam do tego pełne prawo!
Nie pisałam tutaj, by pokazać jaką życiową bohaterką jestem, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że niejedna kobieta w moich warunkach resztę swojego życia spędziłaby w wariatkowie, lub zaciągnęła na szyi pętlę, co często zdarza się. 
Mam także świadomość, że inni/e mają gorzej i radzą sobie lepiej ode mnie.
Pisałam, bo pisanie to jak rozmowa z innymi i z sobą samą, a to przynosi ukojenie i nie odczuwa się samotności, jest także lekiem na depresję, na bezsenność, na pochmurne dni, wreszcie na ból istnienia, który coraz bardziej mi doskwiera.

Byłam z Wami dwa lata. Napisałam 520 notek. Pocieszaliście mnie w słabych moich chwilach, dodawaliście odwagi do działania, inspirowaliście do pisania.
Napisaliście do mnie ponad 7 tysięcy komentarzy. Zaglądnęliście  tu ponad 60 tysięcy razy. Otrzymywałam sporo maili, korespondowaliśmy na 'znajomych'.
Otrzymałam kilka propozycji na zawarcie bliższej znajomości z panami i nie tylko, bo jedna z czytelniczek zapałała do mnie jak to nazwała szczerym uczuciem. To było powodem pousuwania zdjęć, które czasem zamieszczałam.
Ktoś napisał dla mnie wiersz.
Niektórzy także deklarowali swoją pomoc w pracach fizycznych.

Bardzo, ale to bardzo wszystkim WAM dziękuję.

Nie zamykam bloga, bo nie ma w nim niczego, czego powinnam wstydzić się. Niech sobie fruwa w przestrzeni blogowej. 
Może czasem jeszcze coś napiszę.............. ale jeśli, to już nie będzie takie samo pisanie, bo to co już w nim jest do teraz, to było z głębi mojego serca wyłuskane, a także z życia wzięte, dzięki czemu nie odczuwam już, że noszę balast, który mi bardzo ciążył.

Tymczasem żegnam się z Wami, życząc wszystkim wszystkiego najlepszego!

Powiem jeszcze, że to nie żal nakazuje mi tak postąpić, ale rozsądek.

 


 
....Weekendy 11 styczeń 2012
 
W piątkowy wieczór,do jubilera przyszedł starszy pan z urodziwą dwudziestolatką.
Zaczęli oglądać pierścionki.
Ona za jego namową wybrała sobie piękny i drogi.............
On informuje jubilera, że go kupuje, wypisuje czek i kładzie na ladzie.
Ale ten pierścionek kosztuje 100 tys. złotych!......... mówi jubiler.
Wiem, odpowiada spokojnie klient.
Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale takiej kwoty nie przyjmę czekiem, bo  muszę sprawdzić, czy jest pokrycie, a o tej godzinie banki są pozamykane.
Do poniedziałku nie będę mógł zweryfikować tego czeku, więc co pan proponuje ?
Na co starszy pan ze zrozumieniem...........
Proszę pana! Nam naprawdę zależy na tym pierścionku, więc aby nikt go nie kupił proszę go schować do sejfu wraz z moim czekiem. W poniedziałek rano sprawdzi pan w banku jego pokrycie, a ja  o 15ej będę u pana po pierścionek.
Jeszcze proszę mówi, podając karteczkę, oto numer mojego telefonu.
No to jubiler się ucieszył i zrobił tak, jak zaproponował klient.
W poniedziałek rano  zadzwonił do banku, podał numer czeku, a tam mu mówią, że taki czek od kilku lat krąży po sklepach jubilerskich.......... nie mając pokrycia.  
Sprzedawca ucieszony, że  nie dał się wykiwać, dzwoni do staruszka ale numer telefonu jest fałszywy.
 
O godz. 15ej dzwoni do jubilera starszy pan i radośnie go przeprasza mówiąc, że
 doskonale wie, iż jego czek nie ma pokrycia.........
Na pytanie jubilera dlaczego to robi.......... odpowiada:

PANIE, ŻEBYŚ PAN WIEDZIAŁ JAKIE  JA  MIEWAM  WEEKENDY!!!


.... Czyżby wypalenie? 09 styczeń 2012
 W ostatniej notce napisałam, że próg tego roku przekroczyłam cicho i spokojnie, no i tak jest ale cisza, która panuje przez ostatnich 6 dni jest moim zdaniem złowroga. Mam na myśli tę ciszę za ścianami.
Taka cisza panuje jedynie wtedy, gdy moi niegdyś najbliżsi, planują jakieś podchody wobec mojej osoby.
Wtedy znów czuję niewidzialną barierę, która mnie zatrzymuje i nie pozwala zbliżać się do terenu, gdzie dla mnie postawiono tablicę z napisem 'WSTĘP  WZBRONIONY'.
Nigdy nie nauczę się spokojnie funkcjonować w takiej atmosferze, chociaż czasami zdarza mi się napisać, że to akceptuję.
Dziś jednak mam inaczej.
Jest to ambiwalentny stosunek do takich sytuacji. 


 
Choroba całkiem mnie opuściła. Znów czuję przypływ pozytywnej energii i zaczynam udzielać się towarzysko.
Siedzenie w domu dało mi się we znaki, choć są dni, że z przyjemnością w swoim cichym, czystym i w miarę dobrze urządzonym mieszkaniu, lubię przebywać.
Tak mam i dzisiaj.
 Za sobą jednak mam trzydniówkę, bo poświętowałam sobie rodzinnie w Trzech Króli, w sobotę już poprowadziłam swoją mityngową grupę, a wczoraj byłam w operze na Nabucco, co było dla mnie balsamem i wielkim przeżyciem.
Moja przyjaciółka wróciła właśnie z wyjazdu świąteczno-noworocznego, więc wskakujemy w nasz grafik i jeden dzień w tygodniu poszalejemy sobie tak, jak lubimy.
Pomimo tego, że nie mogę narzekać na samotność i brak rozrywek, to czuję, że coś się zmieniło, coś we mnie pękło, coś wycofało, coś zatrzymało się i tak naprawdę nie rozpoznaję jeszcze, co to oznacza.
Czyżby nastąpiło wypalenie?
A jeśli tak, to dobrze, czy źle?.......... i kto to wie?
 
.... Umie słuchać 03 styczeń 2012
 
Próg obecnego roku przekroczyłam  spokojnie i bez pośpiechu, ale to pewnie dlatego, że dochodzę jeszcze  do siebie po chorobie.
Nowy Rok witałam jednak w pozycji pionowej, mając złożoną już kanapę.
Nie mam zamiaru użalać się nad sobą, bo to nic nie da, jednak muszę powiedzieć, że skazana jestem w chorobie przede wszystkim na obcych ludzi.
Podkreślam to wszystko grubą kreską jak co rok i zaczynam od początku z wiarą i nadzieją, że nie będzie gorzej od tego co znam, bo na to, co mnie spotykało, już jestem uodporniona.
Mam w sobie spokój i ciszę, i nie robię dalekosiężnych planów, by nie przeżywać rozczarowań. W mojej sytuacji, to znaczy kobiety całkiem wolnej, wystarczy mieć zabezpieczenie finansowe i czasem  ad hoc coś wymyślić.
Nowy rok zaczęłam bez problemów finansowych. Wszelkie zobowiązania reguluję na bieżąco i jeszcze do przysłowiowej skarpety coś mogę upchnąć.
Grzechem by było w takiej sytuacji narzekać.
Miniony rok uważam za wcale niezły, bo uporałam się z 'duchami przeszłości'. Zrobiłam wokół siebie czystkę, wywalając ze swojego życia toksycznych 'pseudo przyjaciół'. Nie dopuściłam za blisko żadnych życiowych popaprańców, by mnie nie odzierali z energii.

Relacje z wnuczkami mam nadal dobre.
Sześciolatek miał urodziny, więc zabrałam go i obeszliśmy sobie pięknie ustrojony Trakt Królewski, zobaczył ruchomą szopkę, gdzie prawie piał z zachwytu,raczyliśmy się w cukierni ciastkami i soczkiem, zachwycał się kolorowymi mostami, światełkami, które topiły się w Wisełce i wcale nie chciał wracać do domu.
Ja po powrocie padłam, a On był pełen radości i z wielkimi emocjami opowiadał dziadkowi, co widział.
Dzisiaj także jeszcze mocno przeżywał tę wycieczkę i zaskoczył mnie, przypominając mi ze szczegółami co widział i w jakie kolorki, i dlaczego w takie właśnie, ubrany jest Stadion Narodowy.
Zatem umie słuchać i chłonie to, co się mówi.
Nie był to więc czas stracony!
 

Zobacz serwisy INTERIA.PL